Garść przemyśleń o Age of Sigmar (cz.1)

„Zabili mi setting!”

4 lipca 2015 roku. Data szczególna w świecie wargamingu. Światowy Dzień Histerii Fanów Warhammera Fantasy Battle. To tego dnia oficjalnie wydawnictwo Games Workshop zniszczyło Stary Świat, by na jego gruzach zbudować coś nowego. Tysiące fanów na całym świecie dostało po buzi newsem, że z ich ulubionego uniwersum nie pozostał kamień na kamieniu. Zamiast nowej edycji bitewnego Warhammera ogłoszono premierę nowej gry: Warhammer Age of Sigmar. Całkiem inne uniwersum, zupełnie nowe reguły, ale możliwość korzystania do woli z posiadanych armii „starego” Warhammera. No i się zaczęło.

Jedni darli włosy z głowy, inni wyli wniebogłosy, ktoś wrzucił na Youtuba filmik, na którym płonie armia plastikowych ludzików, polanych chwilę wcześniej benzyną. Mowa tu o armii nie byle jakiej, możliwe że wartej dwie pensje mamy jegomościa, który postanowił to ognisko sfilmować. Lawina internetowych komentarzy, w których załamani wielbiciele Młotka zapragnęli wykrzyczeć całemu światu, że będą wyprzedawać swe kolekcje. Ogólnie było co czytać i oglądać i było z czego się pośmiać.

Nowa propozycja wydawnictwa Games Workshop była dla ogromnych rzeszy fanów nie do przyjęcia. To nie była nowa edycja Warhammera, to nie były duże zmiany w zasadach. To była gra zrobiona całkowicie od nowa i zupełnie niepodobna do poprzedniczki. Podstawki okrągłe, zamiast kanciastych, chociaż kanciaste mogły zostać bo kształt podstawek przestał mieć znaczenie. Reguły na czterech stronach zamiast napisanej maczkiem stustronicowej książeczki. Brak wartości punktowych jednostek, więc w ogóle nie wiadomo jak w to grać. Przecież do tej pory ta gra w znacznej mierze polegała na robieniu rozpiski w ustalonym limicie punktowym! No i do tego dziwaczny, jakiś taki całkiem niewarhammerowy świat ze skrzydlatymi sigmarinesami w roli głównej.

Minęło trochę czasu. Emocje opadły. Okazało się, że jednak świat się nie zawalił i o dziwo możliwe jest granie według wcześniejszych reguł (w sumie to osiem edycji do wyboru). Turnieje się odbywają nadal. Nie należę do battlowego środowiska, więc mogę się mylić, ale odnoszę wrażenie że ostatnio łupanie w oldhammera stało się nawet bardziej popularne. Fani nie są osamotnieni w swej chęci grania po staremu. No i sobie grają, bo kto im zabroni? A co z Age of Sigmar? Część fanów odeszła, przyszli nowi i gra sobie żyje. Oszałamiającego sukcesu po premierze raczej nie stwierdzono, wręcz przeciwnie. Ale wydawca konsekwentnie rozwija produkt i są tacy, którzy mają ochotę się w to bawić.

W sumie to jestem w stanie zrozumieć to oburzenie wieloletnich fanów Młotka, szczególnie tych którym reguły ósmej czy siódmej edycji zwyczajnie odpowiadały i nie chcieli rewolucyjnych zmian. Gorzej sprawa wyglądała z punktu widzenia potencjalnego, nowego gracza, który chciałby zacząć grać. Kupił sobie taki jegomość jakiś starter z ładnymi modelami, przekopał się przez 150 stron reguł, w głowie zostało mu ze 20%, z czego połowa za bardzo jego armii nie dotyczy, a i tak trzeba armybooka dokupić, bo bez niego to przecież bez sensu. Potem taki nieszczęśnik dokupuje kilka zestawów z modelami, żeby sobie sklecić swoją pierwszą, niedużą armię. No i okazuje się oczywiście, że tej jego kolekcji wystawić do bitwy się nie da. Reguły nie pozwalają i tyle. Dokupuje więc biedak kolejne regimenty by mieć dość jednostek podstawowych i móc wystawić te fajniejsze. W końcu udaje mu się sklecić zgodną z regułami rozpiskę, ale chwilę później dowiaduje się że ta rozpiska jest bez sensu i dostanie totalne bęcki w jakiej nie bądź bitwie. Bo połowę rzeczy, które ma wystawiać się nie opłaca, a rozsądek nakazuje dokupić fefnaście innych rzeczy. Tak, tak, wiem, przejaskrawiam. Ale Warhammer już dawno przestał być przystępną grą dla nowych, próg wejścia jest tutaj niestety dość wysoki.

„Nie grałem, to się wypowiem…”

I tutaj pojawia się Age of Sigmar. Gra, w której potrzebujesz dziesięciu minut by poznać zasady, a do bitwy możesz wystawić wszystkie modele, jakie posiadasz. Poza tym nie musisz posiadać ich wiele. Czy to jest zły pomysł? Same założenia w moim odczuciu są świetne (inna sprawa, na ile dobrze te założenia zrealizowano, ale o tym za chwilę). Bardzo niewiele grałem w bitewnego Warhammera, ale mam trochę figurek do tej gry (kupowane z różnych względów, na potrzeby Warhammera Questa, kolekcjonersko itd). Sporo Skavenów, trochę mniej High Elves i niewielki zalążek armii Warriors of Chaos. Za sprawą Age of Sigmar, teoretycznie teraz mógłbym sobie popróbować w różnych konfiguracjach wszystko, co posiadam w kolekcji. Brzmi fajnie, co nie? Co więc jest nie tak? Ha, nie wiadomo od czego zacząć, przecież zarzutów w stronę Age of Sigmar jest cała litania! Zwykle krytyka rozbija się o trzy najważniejsze sprawy:

1. Prostackie zasady!

No bo jak to może być, żeby poważna gra dla dojrzałych wargamerów miała reguły na czterech stronach?! Proste, głupie, to nie może działać. Jeden akapit poświęcony magii? Ktoś tutaj sobie jaja robi! Dziesięciolatkowie to się może będą przy tym dobrze bawić.

Tak naprawdę sprawa z regułami Age of Sigmar wygląda trochę inaczej. Zamiast drobiazgowo wyłożyć reguły z wszystkimi możliwymi szczególikami, na czterech stronach ujęto podstawy. Cała zabawa rozbija się o warscrolle, czyli karty dla wszystkich jednostek występujących w grze (obok reguł, wydawca udostępnił za darmo warscrolle dla wszystkich jednostek klasycznych armii Warhammera). To tam mamy całe multum reguł specjalnych i dodatkowych zdolności poszczególnych modeli. Właśnie na warscrolle przerzucono cały ciężar wielu specjalnych reguł dodatkowych, co samo w sobie jest jak dla mnie pomysłem całkiem niezłym. Bardzo dużo o prostackich zasadach krzyczą fani starego Młotka, którzy otwarcie przyznają że nie próbowali w to zagrać i nie zamierzają próbować. Osobiście zagrałem parę scenariuszy ze startera (Sigmarinsi przeciw Chaosowi) oraz dwie albo trzy małe potyczki High Elves przeciw Skavenom (ot tak, spontanicznie wystawione siły po obu stronach) i grało się całkiem fajnie. Gra nie ma w regułach jakichś powalających, błyskotliwych rozwiązań, ale jest łatwa, szybka i daje okazję do pokombinowania. W moim odczuciu można się przy tym fajnie bawić i nie jestem w tym odczuciu osamotniony. Gdybym miał trochę tych dedykowanych systemowi makiet, to z ich regułami byłoby jeszcze ciekawiej.

2. Durne reguły na warscrollach!!

To jakiś kabaret, a nie bitewniak! Zasady w których jakiś bonus dostaje gość z dłuższą brodą, albo ten co zdoła sprowokować rywala bluzgając na niego z drugiej strony stołu? Jak można takie debilizmy egzekwować na turniejach?

No właśnie wspomniałem o warscrollach, a zawarte na nich niektóre reguły specjalne są z pasją cytowane przez przeciwników gry. Chodzi o to, że przy niektórych modelach wprowadzono pojedyncze zasady bardziej dla jaj, niż na poważnie. Brzmią one jak reguły z jakiejś małej party-game, a nie z bitewniaka. Można je stosować lub olać, ale dla wrogów Age of Sigmar to doskonała pożywka i cytują je przy każdej możliwej okazji.

3. Brak wartości punktowych jednostek!!!

Wystawiasz co chcesz i ile chcesz? A gdzie balans? Przecież w to się nie da grać? Jak można zrobić bitewniaka bez wartości punktowych jednostek?! 

Dowcip polega na tym, że Age of Sigmar to nie jedyny bitewniak bez punktowych wartości jednostek. Ludzie przyzwyczajeni do battla nie mogą sobie tego wyobrazić, ale bez punktów naprawdę da się grać. A co z balansem? Są trzy możliwości. W takich sytuacjach albo (1) mają go pilnować odpowiednio opracowane scenariusze (specyfikujące mniej lub bardziej dokładnie dobór jednostek i warunki specjalne na polu bitwy), albo (2) sami gracze zdroworozsądkowo dobierający siły po obu stronach, mając na celu przede wszystkim rozegranie pasjonującej bitwy, a nie zwycięstwo dobrą rozpiską. Ostatnia (3) możliwość to najnormalniejsze w świecie olanie balansu. Są historyczne scenariusze w planszowych grach wojennych z ogromną dysproporcją sił (i szans na zwycięstwo), są gry planszowe (SpaceHulk żeby daleko nie szukać) z misjami, w których statystyka zwycięstw jednej strony nad drugą oscyluje w okolicach 90%. I co z tego? Czasami taka dysproporcja jest celowym zabiegiem i daje bardzo fajny rezultat, zwłaszcza gdy gracze rozgrywają taki scenariusz dwukrotnie z zamianą stron i porównując rozmiar zwycięstw/porażek. A czasami takie mission impossible udaje się przejść i wtedy dopiero są emocje! Oczywiście, przy braku precyzyjnych reguł balansujących rozgrywki pojawia się problem, gdy przechodzimy do tematu sceny turniejowej. Ta jednak w kontekście Age of Sigmar kompletnie mnie nie interesuje, więc nie wiem jaki ma na nią pomysł wydawca (o ile w ogóle ma).

A skoro już o systemie punktowym mówimy, to w WFB odkąd pamiętam nigdy nie działał on dobrze. Bo skoro każda armia po premierze nowego armybooka, przy ustalonej puli punktów miała swoją jedyną słuszną rozpiskę, to o punktowym systemie raczej dobrze nie świadczy. Poza tym, skoro na jakim nie bądź forum w archiwach bez przerwy czyta się, jak to armia X w edycji Y i armybooku Z jest przegięta, to gdzie ten fantastyczny balans, który rzekomo miałyby te punkty dawać?

Milion czaszek na metr kwadratowy

Z tych moich powyższych wywodów mógłby ktoś wywnioskować, że Age of Sigmar to strasznie fajna i niedoceniana gra, zniesławiana tylko przez fanów starego Warhammera. Cóż zatem jest z nią nie tak, że cały świat nie pieje z zachwytu? O nowej mechanice napisałem już dosyć, ta gra ma bardzo niewiele wspólnego z WFB i najbardziej zawiedzeni są ci, którzy próbują ją postrzegać jako nową edycję. Age of Sigmar to jednak nie tylko całkiem nowe reguły, to także całkiem nowe uniwersum. I z tymże uniwersum ja osobiście mam problem. Jestem w stanie zrozumieć potrzebę zresetowania Starego Świata, ale naprawdę można to było zrobić na tysiąc ciekawszych sposobów. Od początku wbijałem sobie do głowy, by podchodzić do tej gry bez uprzedzeń, dać jej szansę i nie powtarzać jak papuga po innych tych wszystkich żali, jaką to strasznie złą grę zrobiono. Niestety jednak, ta nowa, dziwaczna kosmiczna konwencja się nie broni. Kompletnie nie czuję tych nieśmiertelnych, zstępujących z niebios wojowników w złotych pancerzach, nacierających na twierdze sługusów Chaosu, których mury zdobi milion czaszek na metr kwadratowy. Te wszystkie dziwaczne krainy w których przyjdzie toczyć nam boje, te komiczne krasnoludy siedzące na płonących dinozaurach, ci sigmarinsi strzelający z dziwnych wynalazków przypominających skrzyżowanie boltera z balistą. Sorry, nie kupuję tego świata, nie czuję go zupełnie.

Na wielu polach zaczerpnięto tu pomysły z Warhammera 40k, tam też mamy taką stylistykę, że się trupie czaszki upycha gdzie się da. Można nie kochać Warhammera 40k, ale tam konwencja jest wyrazista, mroczna i ma swój niepowtarzalny klimat. To samo w Age of Sigmar wypada tandetnie i bez polotu.  I to jest duży problem tej gry. Oczywiście, mówię o swoich wrażeniach, nie wykluczone że zaproponowane tu pomysły trafią w gust wielu (ale jakoś na razie nie dostrzegam rozrastającej się w zastraszającym tempie społeczności fanów). Oczywiście, mamy kompletne reguły dla klasycznych armii i można się bawić w Age of Sigmar na polach Starego Świata. Jest to jednak mocno alternatywne podejście do systemu, którego wydawca raczej nie będzie wspierał. W świetle moich obserwacji, są grupy które w Age of Sigmar grają i się przy tym dobrze bawią. Bardziej to widać na zagranicznych forach i serwisach niż u nas. Zupełnie niezależnie od AoS funkcjonuje turniejowa scena WFB i tak pewnie pozostanie.

Zobacz także:

Ilustracja do tekstu pochodzi z okładki Warhammer: Age of Sigmar – (C) Games Workshop

Zobacz w sklepie:

3 thoughts on “Garść przemyśleń o Age of Sigmar (cz.1)

  1. Pięknie obiektywny artykuł. Stary Warhammer był szczerze strasznie nieprzystępny dla nowych graczy… I gdyby nie Sigmar pewnie nigdy bym po to nie sięgał.

  2. Nie grałem to się wypowiem. W dodatku stary już jestem i zmierzły. Można było Warhammera nie lubić, można było w niego nie grać, mógł być za drogi, mieć przestarzałą toporną mechanikę i w ogóle. Miał rzeszę fanów, która w niego nie grała i nie kupowała, miał rzeszę fanów, która go kupowała i nie grała. Bo fajnie było sobie pomalować figurki i postawić na półce. Inne hobby. Miał rzeszę fanów bo był kultowy! Był kultowy siłą swojego wizerunku , kreacją archetypów. Ten wizerunek, przenikał do kultury masowej, do wyobrażeń ludzi, którzy Warhammera nie znali i nawet o nim nie wiedzieli, przez to kształtował wyobrażenie gatunku fantasy w dużo szerszym zakresie niż on sam. Przynajmniej ja mam takie odczucie, ale ja od starych czasów żyję w fascynacji tym co Warhammer prezentował na obrazkach. Jednocześnie też w czasie swojego istnienia ten cały klimat obrazkowywciąż był pogłębiany, wysycany udoskonalany w najdrobniejszych detalach. I mnie jest tych obrazków szkoda

  3. Nie rozumiem jak może wyśmiewać oburzonych fanów Warhammera osoba, która w niego nie grała, a przynajmniej mocno nie weszła. Ja rozumiem, że wejście w Młotka jest ciężkie, ale jak ja jako 14 letni chłopak potrafiłem to zrobić, to tym bardziej pełnoletnie osoby, do których ta gra rzeczywiście jest skierowana. W skomplikowaniu tej gry częściowo leżał jej klimat i magia – multum możliwości, zagrania taktyczne.

    Ja rozumiem, że Age of Sigmar może być dobrą grą w rozumieniu osoby, która z oryginalnym Młotkiem miała niewiele wspólnego i nie przeczę, że może świetnie się w to gra – nie grałem, nie wypowiem się. Mam natomiast problem z tym, że zrezygnowano całkowicie z oryginalnego Wargammera. Porzucono go na rzecz czegoś co ciężko nazwać substytutem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *